Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie indywidualne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie indywidualne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2013

One-shot: Ballada o niczym



 Nie mam dla siebie żadnego wytłumaczenia, bo zjebałam sprawę całkowicie pod względem tego, ile musieliście czekać na cokolwiek. Tego, co znajduje się poniżej nie da się nazywać jednak inaczej niż 'cokolwiek', za co przepraszam serdecznie wszystkich razem i każdego z osobna. Wasze blogi nadrobię, słowo. Tylko się zbiorę do kupy i przestanę rozwalać sobie życie.
 ***
Ballada o niczym

- Trzymasz rękę na moim tyłku.
- Wiem – odpowiada Russell, nie mogąc powstrzymać rozbawienia.
Pozycja dłoni pozostaje niezmienna, a na twarzach obu mężczyzn goszczą szerokie uśmiechy. W jakiś sposób ta krótka wymiana zdań rozładowuje całkowicie napięcie sprzed kilku minut i przynosi ulgę Wade’owi. Przynajmniej na krótką chwilę zapomina o problemach związanych z pracą i domem.
- Nie sądzisz, że to nieodpowiednie miejsce na cokolwiek związanego z moim tyłkiem? – pyta Michael, próbując przede wszystkim wyglądać na tyle groźnie, by jego słowa w ogóle spotkały się z jakąś reakcją ze strony Russella. Ta następuje od razu w postaci krótkiego parsknięcia śmiechem, a kolejno pochyleniem się do ucha chłopaka.
- To zmieńmy je na bardziej odpowiednie – sugeruje chrapliwym głosem i od razu może zauważyć efekt tych słów w zachowaniu partnera.
Minęło ponad siedem lat od kiedy się poznali, ale nad pewnymi reakcjami nie dało się zwyczajnie zapanować. Dla Michaela z pewnością należało do takich drżenie, gdy tylko Wade zabierał się za wyprawianie cudów z głosem. Został zaprogramowany, by lecieć za tym lekko zachrypniętym barytonem wszędzie. Z sypialnią w pierwszej kolejności. Odpowiada mu przeczącym ruchem głowy, choć jego oczy mówią wszystko na temat tego, co wolałby robić zamiast stania w urzędzie.
Telefon w kieszeni Russella zaczyna nagle głośno dzwonić, wywołując tym samym niezadowolenie na twarzach obecnych w pomieszczeniu. Jakby znajdowali się co najmniej na mszy, a nie w kolejce po odbiór dokumentów lub inny równie wymagający ciszy czyn. Mężczyzna wyjmuje aparat, posyła Michaelowi przepraszające spojrzenie, zabiera dłoń z jego pośladków, po czym oddala się w stronę wyjścia z budynki, wciskając zieloną słuchawkę. Z góry przewiduje, że rozmowa nie potoczy się gładko. Gdy w grę wchodził Travis, nigdy nie można było mówić o braku trudności.
- Dzisiaj to zrobię, Russ.
- Wcale nie – odpowiada stanowczo. Już dawno przestał wierzyć, że Walijczyk rzeczywiście ma zamiar zrobić cokolwiek z całej listy rzeczy, o których tyle ciągle mówił. – Przemyślisz to i w końcu dojdziesz do wniosku, że mój tyłek nie jest wart umierania.
- Nie jest – zgadza się mężczyzna, co Russella odrobinę dziwi, bo w tym względzie jeszcze nigdy nie uzyskał z jego strony potwierdzenia. Liczy jednak, że w końcu coś do niego zwyczajnie dotarło i w końcu ruszy dalej. Patrzenie w przeszłość nie przynosi nic dobrego, gdy ta również zaczynała poruszać się do przodu. – Co nie zmienia faktu, że kocham ten Twój niewart umierania tyłek.
Gdyby tylko rozmawiali o czymś innym, niżeli niedokonanym jeszcze samobójstwie, Wade z pewnością by się roześmiał. Oryginalne wyznania miłości zawsze robiły na nim wrażenie. Pozostawała jednak kwestia Michaela stojącego w kolejce. W tym względzie Russell nie potrafi być ignorantem, więc pozostaje niewzruszony; wzdycha tylko ciężko, żeby pokazać rozmówcy, że nie jest szczególnie ukontentowany usłyszanymi słowami.
- Daj w końcu spokój, minęły trzy lata – cedzi przez zęby, nawet nie zdając sobie sprawy z ilości jadu, którą w to wkłada. Opamiętuje się dopiero po chwili, przeklinając cicho w duchu. Doskonale przecież wie, że nie powinien podchodzić do tej sprawy nazbyt emocjonalnie. Z tego właśnie względu dodaje dużo spokojniej: - Pomyśl o Adamie. Przecież facet się załamie, jeżeli coś sobie zrobisz. Tyle włożył w naprawę Ciebie. Nie wolno Ci się poddać.
- Nie wolno, bo co? Bo Ty tak mówisz? – Ostatnie słowa zostają wypowiedziane z niemałą niechęcią. Russell jest świadom uczuć jakie targają Travisem, jednak nigdy do końca nie może ich zrozumieć. Kiedy trzy lata temu Wade oświadczył, że dłużej nie może żyć w ukryciu przed Michaelem, usłyszał w odpowiedzi, że bez niego Walijczyk sobie nie poradzi. Nie wziął tego na poważnie, ba!, był pewien, że to jawne przegięcie. W końcu, jak można byłoby sobie nie poradzić bez niego? Oprócz bolącego tyłka, pustej butelki po piwie, paru uśmiechem i szczoteczce do zębów, nie pozostawiał po sobie zupełnie nic.
- Bo ten idiota Cię kocha tak bardzo jak Ty kochasz mnie – wyrywa mu się zanim zdąży pomyśleć nad sensem tych słów. Nie pamięta kiedy ostatnio na głos przyznaje się do miłości, jaką Travis go darzy. Nie czuje się z tym komfortowo. Przede wszystkim ze względu na nic nieświadomego Michaela.
Wiele razy był bliski powiedzenia mu o swoim romansie. Za każdym razem jednak dochodzi do wniosku, że nie przyniesie to mężczyźnie nic oprócz cierpienia. W ten sposób nie zaspokaja egoistycznej zachcianki uspokojenia własnego sumienia. Nie może jednak iść z podniesioną głową, heroicznie walcząc o dobro swojego faceta, skoro przecież kłamstwem byłby stwierdzenie, że nie robi tego również dla siebie. Nie chce, by Michael odszedł. Nie pamięta już jak żyło się bez niego. To niestety doprowadza go do przykrej konkluzji: Travis ma prawo do pozostawania przy swoim. Nie może mieć mu za złe miłości, którą go obdarzył. Wina spadała tylko i wyłącznie na jego barki: rozkochał go w sobie, a Michaelowi pozwolił wierzyć, że zawsze był i będzie jego jedynym.
- Ale Ty nie kochasz mnie już w ogóle – stwierdza chłodno Travis i Russell oczami wyobraźni widzi jak ten zaciska usta w wąską linię. – Nigdy nie kochałeś.
- Przepraszam – szepce mężczyzna, pierwszy raz od początku rozmowy, naprawdę czując się strasznie. Kuli ramiona, jakby miało to dać upust jego skrusze, ale nic takiego się nie dzieje. Ta nadal wypełnia go po brzegi, wywołując obrzydzenie do samego siebie. Ma ochotę rozłączyć się, wbiec do budynku i opowiedzieć wszystko Michaelowi, licząc że ten nie pośle go do diabła. Co boli go najbardziej, to świadomość, że w razie odrzucenia ze strony Brytyjczyka, zawsze może wrócić do Travisa i zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. I zrobiłby to, jest tego pewien. Nie dlatego, że nagle zacząłby coś do niego czuć; zwyczajnie nie potrafił być sam, potrzebował ciała blisko swojego, kogoś kto mógłby podbudowywać mu ego i sprawiać, że czuł się najwspanialszym mężczyzną na świecie. Nawet gdy okazywał się ostatnią świnią.
- Russell… - zaczyna cicho, brzmiąc trochę jak dziecko, niepewne odpowiedzi rodzica. – Ja nie potrafię już tak żyć, nie chcę, bo Ty i ja… my mieliśmy istnieć wiecznie.
- Ty tak mówiłeś.
- Ty nigdy nie zaprzeczałeś.
- Wiem.
- Po prostu chodź do mnie.
- Nie mogę. Michael na mnie czeka.
- On nigdy nie pokocha Cię tak bardzo jak ja.
- Twoja miłość jest chorobą, Travis – odpiera, mając nadzieję, że nie brzmi nazbyt szorstko.
Nie chce już sprawiać mu przykrości, szczególnie że obaj mają rację. Michael nigdy go tak nie pokocha, ale co z tego? On wcale nie potrzebuje kolejnej, obsesyjnej miłości. Wystarczy mu szczupły Brytyjczyk, który wyparł się dla niego rodziny. Docenia to tak samo jak cienkie blizny na przedramionach Travisa. Zdaje sobie sprawę, że ludzie wiele dla niego poświęcają i gdyby miał podać powód, pewnie nigdy by na niego nie wpadł. Nie jest nikim szczególnym, nie posiada wielkiej ilości pieniędzy, nienagannych manier, błyskotliwego poczucia humoru. Jest kolejnym Smithem, Jonesem, Williamsem czy innym Brownem w kolejce na stryczek. Nie nadrabia w tym względzie żadnym szczególnym uzdolnieniem.
- Więc choruj na nią ze mną. – Prosząca nuta w jego głosie sprawia, że pod Wade’em miękną kolana. Nie jest już dłużej w stanie prowadzić ten konwersacji i jak ostatni tchórz rozłącza się. Tak jak ostatnim razem. I poprzednim. I jeszcze wcześniejszym.
            Wycisza dźwięki w telefonie, żeby nie słyszeć przypadkiem kolejnych prób dodzwonienia się do niego, po czym bierze głęboki oddech i wchodzi z powrotem do budynku. Ludzie spoglądają na niego, jakby każdy z nich słyszał przeprowadzoną właśnie rozmowę, a on sam głupio wierzy temu wrażeniu. Zaciska mocno zęby i podchodzi do Michaela, który stoi już przy okienku, wykłócając się z kobietą o mysiej twarzy. Wade się nie wtrąca. Chwilowe zajęcie partnera pomaga mu zapanować nad emocjami wymalowanymi na twarzy. Kiedy w końcu Brytyjczyk odwraca się, ściskając w dłoni plik dokumentów, Russell jest gotowy posłać mu blady uśmiech.
- Do domu?
- Do domu – zgadza się z ulgą, łapiąc go za rękę.
Znajomy dotyk uspokaja go, wywołując niestety również nieprzyjemny ucisk w dołku. Doskonale zdaje sobie sprawę, co to oznacza. Poczucie winy i wyrzuty sumienia dawały o sobie znać na różne sposoby, począwszy od psychicznego torturowania obrazami z przeszłości do fizycznych ciągot. Te ostatnie zatamować najtrudniej, szczególnie gdy objawiają się erekcją. Wtedy Wade ma ochotę szczerze pieprzyć rzeczywistość. Zamiast tego jednak pieprzy Michaela, aż obaj ledwo mogą złapać oddech.
- Tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy w końcu kupić ten nowy telewizor.
- Wiesz, że nas nie stać.
- Odkładałem trochę pieniędzy i myślę, że spokojnie możemy zaserwować sobie nowy. Szczególnie, że na tamtym trudno w ogóle odróżnić twarz od dupy, a co dopiero…
- …Miałem romans – przerywa mu, licząc, że tak jak to widać na filmach, jego rozmówca nie dosłyszy tego, co powiedział i będzie kontynuował swoją wypowiedź.
Michael jednak staje w miejscu, wpatrując się w niego w milczeniu. Russell wie, że ten nie ma zamiaru kwestionować jego słów żadnym pytaniem. Żaden z nich nigdy tak nie żartował więc ten od razu bierze go na serio. Wade puszcza jego dłoń, mając zamiar dać mu chociaż tyle z prywatnej sfery na ten jeden moment, w środku miasta. Tyle, że jego partner przytrzymuje jego palce, nie pozwalając oddalić się chociażby na centymetr.
- Zapomnę, że to powiedziałeś, a Ty nigdy, przenigdy nie wspomnisz przy mnie o Travisie.
            Russell przełyka głośno ślinę, a później przytakuje powoli, ściskając jego palce mocno i czule. Dopiero paręnaście minut później, gdy wchodzą na klatkę schodową dociera do niego cały sens słów Michaela. Zapiera mu dech, bo dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że nigdy nie wymienił przy nim imienia swojego kochanka.

***
Zawiedzeni? Tak, ja też.

czwartek, 21 lutego 2013

One-shot: Uważaj na siebie



            Wyszedł z mieszkania chwilę po północy. Zbiegł szybko po schodach i skierował się w stronę miejskiego parku. Ręce trzęsły mu się ze strachu, a po policzkach płynęły łzy bezsilności. Nabrał powietrza głęboko do płuc, jakby miało go to uspokoić, lecz niestety na mało zdała się ta próba. Serce wciąż dziko kołatało w jego piersi, jak gdyby chciało się stamtąd wydostać, obijając się boleśnie o żebra.
            Chłopak zaklął pod nosem. Zaczął biec, kiedy zdał sobie sprawę, że ma co raz mniej czasu. Jeżeli się spóźni… Wolał nawet o tym nie myśleć. Dziękował teraz Bogu za długie nogi i dobrą kondycję – chyba jeszcze nigdy tak bardzo ich nie potrzebował. Mijał kolejne przecznice. Lampy uliczne oświetlały mu drogę swoim mdłym światłem. Ciszę dookoła przerywał tylko dźwięk silników samochodów, które co jakiś czas wyjeżdżały zza zakrętu.
            W końcu dotarł na miejsce. Zdyszany, próbował złapać oddech. Wolnym krokiem podszedł do jedynej zajętej ławki. Usiadł obok siedzącej na niej osoby, jednak nie spojrzał na nią. Wiedział, że wtedy nie mógłby wydusić z siebie ani słowa.
-Nie zostawiaj mnie – wyszeptał błagalnie, całkowicie poważnie. Tylko to przychodziło mu do głowy. Żadnych argumentów, te skończyły mu się już dawno. Ile można wmawiać komuś, że robi źle? Pozostały tylko prośby. I choć wiedział, że je zignoruje, gdzieś tam, w środku, tliła się iskierka nadziei, że może jednak go posłucha.
-Podjąłem już decyzję – powiedział mężczyzna oschle. – Nie zmienię jej, Davidzie.
-Wiem, ale…
-Właśnie, że nie wiesz – warknął, przerywając mu. Przyciągnął go do siebie brutalnie, prawie zgniatając mu szczękę swoją ogromną dłonią. Wpił się w niego ustami. David starał się smakować jego malinowych warg, jednak mężczyzna mu nie pozwolił. Tak szybko jak rozpoczął pocałunek, tak szybko go skończył. Spoliczkował chłopaka. – Ciągle myślisz, że zostanę ze względu na ciebie.
            Brunet zaczął rozmasowywać zaczerwieniony policzek, przyglądając się swojemu rozmówcy. Lampa, która oświetlała mu twarz, co jakiś czas przestawała świecić, a wtedy długie, blond włosy mężczyzny robiły się nagle czarne. W sumie czy robiło mu jakąkolwiek różnicę, czy go widział, czy nie? Przecież na pamięć znał każdy centymetr jego ciała. Wiedział, że gdy się denerwuje to na jego czole pojawia się zmarszczka. Usta potrafił wygiąć w najpiękniejszy uśmiech świata, który David skrycie wielbił. Miał prosty nos; jakoś nigdy nikt go mu nie złamał, co chłopakowi wydawało się dość dziwne, bo na pewno na to zasłużył. Kwadratową szczękę zawsze pokrywał trzydniowy zarost, drażniący jego delikatną skórę przy pocałunkach. Na sam koniec zostawił sobie jego oczy. Ogromne, bursztynowe, w kształcie migdałów, otoczone wachlarzem gęstych rzęs. Uwielbiał je. Mógł w nich tonąć każdego dnia, aż w końcu zostałby wyłowiony z morza z wodorostami w ustach i płucami pełnymi morskiej piany.
-Mówiłeś, że mnie kochasz – mruknął David z wyrzutem. Nie chciał przy nim płakać, obiecał sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi, a jednak nie był w stanie się pohamować. Po chwili jego policzki były już mokre. – Raphaelu, proszę cię.
            Blondyn westchnął ciężko. Delikatnymi pocałunkami starł mu wszystkie łzy. David przez chwilę w jego oczach widział troskę, co trochę go zaskoczyło. Mężczyzna uniósł mu brodę dwoma palcami i przeniknął go spojrzeniem.
-Przestań się mazać, mały – powiedział, a kącik jego ust powędrował ku górze. – Będziesz miał lepsze życie beze mnie.
-Już raz to słyszałem – żachnął się, odpychając jego dłoń. – I pamiętasz, co było później? Wróciłeś. Nie byłeś w stanie trzymać się ode mnie z daleka. Dlaczego niby tym razem ma być inaczej?
            Oboje znali odpowiedź na to pytanie.
-Kocham ją. Przecież wiesz.
-Mówiłeś, że mnie kochasz! – powtórzył swoją poprzednią kwestię, tym razem wkładając w nią więcej jadu. Zacisnął dłonie w pięści i zaczął okładać nimi mężczyznę. Ten nawet nie zareagował. Pozwolił mu się bić, aż w końcu David opadł w jego ramiona bezsilny. Pociągnął nosem, wtulając się w jego pierś. W końcu dodał szeptem: – Mówiłeś, że jestem dla ciebie najważniejszy…
-Byłeś.
            Tysiące sztyletów zaatakowało jego serce. Pocięło na kawałeczki, zostawiając pustą, ziejącą czernią dziurę. Skulił się bardziej, chowając twarz między jego obojczykami. Załkał cicho, mocząc mu wyprasowaną, białą koszulę. Raphael zawsze chodził w garniturze. Gdyby mógł, do łóżka również by w nim wchodził i David doskonale o tym wiedział. Kiedyś nawet próbował to zrobić, ale brunet rozebrał go szybciej niż zdążył wypowiedzieć do końca swoje pytanie.
-Jakim cudem kobieta, którą znasz niecały miesiąc może przekreślić związek trwający lata? – zapytał go szeptem. Tyle razy go o to pytał. Tyle razy nie uzyskał odpowiedzi. Zacisnął mocno palce na jego ramieniu, wbijając w nie paznokcie. – Powiedz mi, do cholery, dlaczego jej na to pozwoliłeś!
-To właśnie prawdziwa miłość. Ludzie mijają się na ulicy, nic nie czując. Są odporni na wszelkie poruszenia. Aż w końcu w tłumie potrafią wypatrzeć tę jedną jedyną osobę. Zapamiętują jej zapach, wygląd, wiedzą jego używa szamponu i potrafią określić co ich gryzie.
-Ja zapamiętałem twój zapach i wygląd! – wydusił z siebie, podnosząc głowę. Drżały mu ręce. – Wiem jakiego szamponu używasz. – Przeczesał jego włosy smukłymi palcami. - Potrafię określić co cię gryzie! Raphaelu, błagam cię! Nie zostawiaj mnie dla niej…
            Wpatrywał się w niego z nadzieją. Choć ta powinna już przecież dawno zniknąć. Mężczyzna poklepał go po plecach na pocieszenie, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, by wytłumaczyć chłopakowi swoje działanie. Od kiedy poznał Annie nic innego nie miało znaczenia. Wszystko, co do tej pory się dla niego liczyło, odeszło w zapomnienie. Nawet on. Choć kiedyś miał wrażenie, że nic nie jest w stanie ich rozdzielić. A jednak. Wystarczyła kobieta. Kobieta! Czy nie widzicie w tym ironii? Biseksualista, przekonany o swoich preferencjach, co do strony męskiej, zakochuje się bez opamiętania w złotowłosej pani bibliotekarce z Manhattanu.
-Powiedz coś, proszę… - David dotknął jego dłoni.
Raphael czuł jak brunet drży, ale nie wiedział, co z tym zrobić. Nie mógł go ponownie pocałować… Przecież tym samym tylko bardziej by go zranił! A mimo to łaknął jego warg i karcił się za to w duchu. Annie. Annie. Annie. Imię kobiety rozbrzmiewało w jego głowie, jakby dając do zrozumienia, że nie może o niej zapominać. Wiem kochanie, odpowiedział podświadomości, zaciskając powieki i zakładając ręce na piersi. Niedostępny. Taki właśnie musiał być.
-Powiedz coś – powtórzył, a w jego głosie dało się słyszeć błagalną nutę.
-Co mam ci powiedzieć? – zapytał go, wcale na niego nie patrząc. Śledził wzrokiem liście wielkiego dębu, które poruszały się na wietrze niespokojnie. Zupełnie jak jego myśli. Błądziły własnymi ścieżkami, powracając niczym echo, obijając się o siebie, powodując bolesne kolizje, które przyprawiały go o zawrót głowy.
-Cokolwiek.
-O piątej trzydzieści mam pociąg.
            Brunet przytaknął, mimo że wcale nie zgadzał się na to by Raphael go opuszczał. Przecież byli tymi przysłowiowymi połówkami tego samego jabłka! Byli jak cholerni Bonnie i Clyde! Byli szczęśliwi do bólu! A ta cała Annie… Te jej blond włoski, te niebieskie oczka, ta figura modelki! Doprowadzała go do szału. Ona i świadomość, że jest zazdrosny o kobietę.
-Nie pozwolę ci wyjechać – powiedział poważnie.
-Wiesz, że nie możesz mnie zatrzymać.
-Wiesz, że nie możesz mnie zostawić – odpowiedział wciąż tym samym tonem.
-Więc czeka cię rozczarowanie – Wzruszył ramionami. Ten gest kosztował go o wiele więcej niż przypuszczał. Przymknął oczy, a przed nim ukazał się obraz roześmianej Annie. Uśmiechnął się mimowolnie i nagle zapragnął wrócić do domu, do łóżka, do niej. Z jakiegoś powodu czuł się źle, że takim zachowaniem rani Davida. Była to tylko pojedyncza, zagubiona myśl, jednak wystarczyła, żeby rozbudzić w nim poczucie winy.
-Zabiję się jeżeli wyjedziesz.
            Raphael zaśmiał się.
Spojrzał na chłopaka, marszcząc brwi. Zmierzwił mu włosy, ciężko wzdychając. W tym momencie wydawał się bardzo stary. Jakby cała radość uleciała z jego życia i już nie miała prawa powrotu. Karta przetargowa w jedną stronę, bilet na Manhattan – to był koniec, to była dla niego szansa na nowe – normalne – życie.
-Uważaj na siebie – mruknął do niego blondyn, wstając z ławki. Brunet patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma. Cały się trząsł. Chciał wstać lub chociaż złapać mężczyznę za rękę, zatrzymać go. Nie był w stanie. Jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Mięśnie stały się zbyt wiotkie. Nogi miał jak z waty. Głos ugrzązł mu w gardle. Siedział tak, czując jak traci jedyną szansę, żeby zgłosić swój ostatni protest.
            Ciepłymi wargami Raphael dotknął jego czoła. Zacisnął na chwilę powieki, wdychając jego zapach. Jaśmin. Oderwał swoje usta, po czym wyprostował się. Spojrzał na chłopaka, przełykając głośno ślinę. Przesunął opuszkami palców po jego policzku i odwrócił się w stronę świateł, migających zza kurtyny drzew.
            Z każdą sekundą zbliżał się do zardzewiałej, zielonej bramy. Wiedział, że gdy ją przekroczy nie będzie odwrotu. Metafora nowej rzeczywistości, wspaniałego życia, doskonałej przyszłości z ukochaną kobietą u boku. Żeby to osiągnąć musiał poświęcić się bez reszty. Oddać to, co do tej pory było najcenniejsze. Oddać Davida. Przekroczył furtkę, czując jak jego serce rozpada się na miliony kawałków, jednocześnie nieznośne szczęście nie pozwalało w pełni skupić mu się na bólu, żalu, chęci pokutowania za swój czyn.
            David wciąż tkwił w miejscu. Nie poruszył się nawet o centymetr. Z rozwartymi ze zdziwienia ustami i przekrwawionymi oczami wpatrywał się w czarną plamkę znikającą za zakrętem. Odszedł. Raphael Cariette zostawił go. Samego. Nie. Nie samego. Zostawił mu świadomość bycia niekochanym. Zostawił smutek i łzy. Zostawił wiedzę o tym, jak to jest, gdy ukochana osoba wybiera kogoś innego. Serce chłopaka jakby zwolniło. Paląca pustka powiększała się, powodując drżenie całego jego ciała. W końcu upadł. Skulił się na ziemi, obejmując ramionami kolana. Śnieg moczył mu ubranie, ale ten w ogóle nie zwracał na to uwagi. Bo jakie to teraz miało znaczenie? Czyżby angina miała być bardziej bolesna niż utrata serca? Szczerze w to wątpił. Łkał cicho, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Był całkowicie zagubiony. Był egzystencjalnym wrakiem.
***
            Annie siedziała na łóżku przyglądając się swoim dłoniom. Na lewej ręce widniał pierścionek zaręczynowy. Westchnęła cicho. Usłyszała dźwięk klucza przekręcającego się w zamku i automatycznie się wyprostowała. Raphael poruszał się cicho. Najpierw poszedł w kierunku kuchni. Otworzył drzwi lodówki. Po chwili mężczyzna wszedł do sypialni ze szklanką pełną złotego płynu.
O mało nie upuścił trunku, gdy zobaczył, że Annie siedzi na łóżku, przy zapalonej nocnej lampce.
-Myślałem, że będziesz już spała – powiedział, marszcząc przy tym brwi.
-Nie mogłam. Wyszedłeś bez słowa – zarzuciła mu, patrząc prosto w jego bursztynowe oczy. – Martwiłam się.
-Całkiem niepotrzebnie. – Obdarzył Annie delikatnym uśmiechem, siadając obok.
Ucałował ją przelotnie w usta, czując, że porywa się na ten gest z trudem. Niech to diabli! Dlaczego kłuło go serce? Dlaczego ulga nie przychodziła? Powinno mu być lepiej przy jej boku, a jednak wciąż przyłapywał się na myślach o brunecie, którego zostawił w parku bez żadnego pożegnania. Chciał zakląć, ale wiedział, ze tylko zaniepokoiłby kobietę. Przyglądał się jej uważnie, śledząc każdy ruch, jakby bojąc się, że blondynka zaraz zauważy w jego oczach coś niepokojącego i powie mu drżącym głosem: wiem, że jest ktoś jeszcze. I mimo że mógłby bez zawahania odpowiedzieć: nie, kochanie, to w jego głowie wciąż rozbrzmiewał głos chłopaka „mówiłeś, że mnie kochasz”. A przecież kochał.
-Gdzie byłeś? – zapytała jakby od niechcenia, choć Raphael doskonale wiedział, że to pytanie paliło ją w język, od kiedy tylko przekroczył próg mieszkania. Przeczesała smukłymi palcami swoje włosy, odwracając głowę w stronę mężczyzny. Uniosła pytająco brwi.
-Załatwiałem ostatnie sprawy przed wyjazdem – powiedział zgodnie z prawdą, przyglądając się pierścionkowi. Gdyby nie on wcale nie jechaliby na Manhattan. Jakie to dziwne, że mały, okrągły przedmiot może tak namieszać w życiu! Szczególnie komuś, kto zawsze stronił od instytucji małżeńskich.
-W środku nocy? – Przestała kryć już swoje zaciekawienie.
Złapała jego rękę  w swoje drobne dłonie i ścisnęła ją, chcąc by mężczyzna spojrzał jej w oczy. Czuła niepewność. Od jakiegoś czasu nachodziły ją pewne obawy, o których nie wspominała Raphaelowi. Nie chciała mówić mu o takich błahostkach. Bała się, że uzna ją za wariatkę, zazdrosną o wszystko, co ma spódnicę. Gdyby tylko wiedziała, że to spodnie interesowały go o wiele bardziej…
-Żegnałem się z Davidem. Jego rodzice dali mu szlaban i mógł wymknąć się z domu dopiero teraz.
-Chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego utrzymujesz takie dobre kontakty z uczniami. – Wzruszyła ramionami. – Jesteś nauczycielem, a nie niańką czy kumplem. Nie widzę potrzeby, żeby trzeba było się z nimi żegnać.
            W takich momentach Annie wydawała mu się pozbawiona serca. Chciał jej o tym powiedzieć, ale w ostatnim momencie ugryzł się w język. Próbując jakoś przerwać niezręczną ciszę, a raczej zatuszować jakoś swój udział w niej, upił łyk Jack Danielsa. Wciąż trzymając szklankę w ręce, ułożył ją na swoim kolanie i kciukiem zaczął brodzić po jej krawędzi. Wpatrywał się w złoty płyn.
-Zawsze lubiłem swoich uczniów – powiedział, nie odrywając wzroku od alkoholu. – A David był jednym z moich ulubieńców. Miał problemy w domu od kiedy pamiętam. Często mu pomagałem. Nazywaj to jak chcesz, ale tak: był moim przyjacielem.
            Pierwszy raz zawsze musi nadejść. Czy chodzi o picie wódki, palenie tytoniu, czy uprawianie seksu. W tym wypadku padło na pierwsze kłamstwo. Przyjacielem? Naprawdę nazwał Davida przyjacielem? Chciało mu się śmiać! Wiedział, że wydałby teraz z siebie histeryczny chichot, gdyby nie to, że musiał trzymać fason przy Annie. Dla jej dobra.
            Kobieta nie wydawała się zbytnio zainteresowana jego słowami. Złapała szklankę wypełnioną trunkiem i położyła ją na szafce, tuż obok czytanej dzisiaj książki. Powolnymi ruchami zaczęła zdejmować z Raphaela ubrania. Ściągnęła mu bladoróżowy krawat, po czym odłożyła go na krzesło. Marynarka oraz koszula zostały zawieszone na wieszak. Ten sam los spotkał spodnie. Mężczyzna siedział na łóżku w samej bieliźnie, przyglądając się Annie, wręcz oniemiały. Po raz kolejny czuł, że ma przy sobie anioła. Dotknął jej policzka, jakby z czcią.
-Pragnę cię… - wymruczała mu do ucha. Blondyn poczuł, że nie wytrzyma dłużej bezczynnego siedzenia i bez słowa wpił się w kobietę ustami.
***
            Kwiaty i bombonierka leżały na siedzeniu pasażera w nowym Porsche Cayenne, prowadzonym przez przystojnego blondyna. Zaparkował przed szklanym apartamentowcem. Spojrzał na swoje odbicie w samochodowym lusterku, po czym wysiadł na zewnątrz chwytając prezent dla Annie.
            Winda jak zwykle niesamowicie się wlekła. Jakimś cudem nie miało najmniejszego znaczenia czy mieszkałoby się w obskurnym bloku, czy apartamencie – winda to winda – została skazana na powolne zatruwanie ludziom życia. Wsiadł do środka, nacisnął odpowiedni guzik i po jakimś czasie już pukał do drzwi. Uśmiechnął się promiennie, widząc blondynkę ubraną we fiołkową sukienkę na ramiączkach, marszczoną w talii. Wszystkie jej kobiece walory zostały podkreślone i Raphael nie mógł powstrzymać cichego westchnienia zachwytu. Wyglądała cudownie.
            Bez słowa zaprosiła go do środka. Dziwnie było odgrywać całą tą scenkę. Czuł się jakby ją odwiedzał, a nie wchodził do własnego mieszkania! Mimo to, dzięki temu cały wieczór nabrał swego rodzaju uroku. Choć mężczyzna nie miał pojęcia jak to się stało. Naprawdę miło spędzili czas. Dużo się śmiali. Pili drogie wino. Raphael prawił Annie mnóstwo komplementów. Kobieta często się rumieniła. Oboje byli bardzo czuli i namiętni.
            W końcu jednak zadzwonił dzwonek do drzwi i mężczyzna o mało nie krzyknął ze złości, że ktoś śmie przerywać im tak piękną chwilę. Blondynka ruszyła sprawdzić, kto odwiedza ich o tak później porze, dopiero kiedy dźwięk się powtórzył. Po chwili Raphael usłyszał śmiechy.
-To tylko Juliet! – zawołała do niego. Usłyszał kroki kobiet, kierujące się w stronę salonu. No pięknie. Nie ma to jak zakłócać romantyczną kolację odwiedzinami przyjaciółek. Westchnął ciężko.
Ruszył w stronę tarasu. Zamknął za sobą szklane drzwi i oparł się o barierkę. Wyjął z kieszeni marynarki papierosy i jednego z nich wsunął do buzi, podpalając końcówkę swoją czarną zapalniczką. Zaciągnął się dymem, wpatrując przed siebie. Gdzieś w oddali widać było karetkę jadącą na sygnale, a w innej części miasta trwał festyn zorganizowany przez lokalne władze. Było późno, a zabawa wciąż trwała w najlepsze.
Wyciągnął swój telefon. Zero nowych wiadomości, poinformowało go urządzenie. I wtedy właśnie poczuł nieodparte pragnienie usłyszenia jego głosu. Drżącą dłonią wybrał odpowiedni numer, po czym wcisnął zieloną słuchawkę. Papieros wyleciał mu z buzi i zgasł, upadając na śnieg. Pierwszy sygnał. Serce blondyna zaczęło bić szybciej. Drugi sygnał. Ciśnienie podwyższyło się. Trzeci sygnał. Tętno było przyspieszone, a oddech co raz płytszy.
-Halo? – W słuchawce odezwał się zaspany, męski głos. Raphael o mało nie upuścił słuchawki. Milczał, nie mogąc wydobyć z siebie żadnego dźwięku. – Jest tam kto?
-Davidzie… - odezwał się w końcu, chodź nie potrafił dokończyć zdania. Zdał sobie sprawę jak bardzo tęsknił za jego głosem. Jak bardzo mu go brakowało. Coś ścisnęło go w dołku, a w jego umyśle zabrakło nagle miejsca dla Annie.
-Raphael – powiedział zdziwiony. Jego głos nie drżał. Zmienił się. Mogły dzielić ich kilometry, jednak blondyn doskonale wyczuwał tę różnicę. – Minęły dwa miesiące…
-Przepraszam, że nie zadzwoniłem szybciej – mruknął. Wiedział, że nie musi mu się tłumaczyć, jednak czuł taką potrzebę. Czuł potrzebę powiedzenia mu o wszystkim. O tym, że ma nową, lepszą pracę. O tym, że codziennie rano zażywa magnez. O tym, że po przebudzeniu zawsze czyta The Times. O tym, że ostatnio za dużo pali. I o tym, że za nim tęsknił. Każdego dnia, kładąc się spać miał przed oczami jego obraz. Przypominał sobie jak smakują te cudowne usta, jak wyglądają wspaniałe oczy, jak brzmi nieziemski głos.
-Dwa miesiące, a ty dzwonisz do mnie w cholerne walentynki! – warknął do niego.
            Brunet o mało nie padł na zawał, gdy na jego telefonie ukazało się imię Raphaela. Był pewien, że już nigdy nie zobaczy od niego żadnej wiadomości. A co dopiero tego, że właśnie próbował się z nim połączyć! W pierwszym momencie chciał wykrzyczeć mu jak bardzo nienawidzi go za to, że go wtedy zostawił. Sekundę później zdał sobie sprawę, że nie powinien wcale odbierać. Aż w końcu doszedł do wniosku, że nie byłby w stanie nacisnąć czerwonej słuchawki. I kiedy już usłyszał jego głos, wszystko powróciło: spędzone razem noce, godziny szeptanych rozmów, wieczorne sms-y i morze wypłakanych łez. Dwa miesiące ciągłych prób zapomnienia o blondynie okazały się bezwartościowym, straconym czasem.
-Przepraszam – powtórzył, nie za bardzo wiedząc jak się zachować. – Nie pomyślałem, że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie.
-Nie, wcale. To tylko święto zakochanych, prawda? – odpowiedział z przekąsem, zaciskając dłoń w pięść. Wziął głęboki oddech, po czym dodał: - Czego chcesz, Raphaelu?
-Chciałem usłyszeć twój głos – wyznał zgodnie z prawdą. Serce Davida gwałtownie przyspieszyło. Miał zamiar się złościć. Miał zamiar wyzywać go od najgorszych. Miał zamiar pozbawić go wszelkiej nadziei. Tylko co z tego? Wystarczyło, że blondyn powiedział coś tak żałosnego, a on już czuł, że ta sekunda przesądziła o jego losie. Wszystko zostało wybaczone. – Tęskniłem za tobą.
-Ja za tobą też – powiedział drżącym głosem. Właśnie taki zapamiętał Raphael i słysząc go, cicho westchnął. Przymknął oczy. – Nigdy o tobie nie zapomniałem, przecież wiesz.
-Wiem, ptaszyno – jęknął, czując na swoich policzkach łzy bezsilności. Nagle zrozumiał, że popełnił błąd, że wszystko co wydawało mu się prawdą było obłudą; na siłę chciał udowodnić sobie, że jest normalny, że jest w stanie kochać kobietę. – David, ja…
-Tak?
            Zacisnął zęby.
-Kocham cię.
            Cisza.
            David wsłuchiwał się w nią, a w głowie wciąż rozbrzmiewały mu słowa blondyna. Uśmiechnął się do siebie, a po jego policzku spłynęła pojedyncza łza. Przełknął głośno ślinę, mocniej przyciskając telefon do ucha.
-Kocham cię – powtórzył po raz drugi Raphael, jakby bojąc się, że cisza po drugiej stronie to oznaka jakichś zakłóceń w połączeniu, a nie zwlekania chłopaka. – Chcę wrócić. Chcę naprawić swój błąd. Chcę z tobą być. Davidzie, ja nie wyobrażam sobie…
-Przestań – powiedział brunet, przerywając mu. I choć czuł, że jego serce pęka na kawałki zrobił to co musiał, żeby już nigdy więcej nie cierpieć. Wziął głęboki oddech, po czym zacytował ostatnie słowa, jakie Raphael wypowiedział do niego tamtego dnia: - Uważaj na siebie.
            Dźwięk zakończonego połączenia rozbrzmiewał Raphaelowi w uszach. Upadł na ziemię z głuchym jękiem. Gorzkie łzy płynęły po jego policzkach. Zwiastowały zrozumienie: błędów, straconego czasu, bólu jaki wyrządził chłopakowi i jego decyzji. To był dla niego koniec.
-Kocham cię, Raphaelu… - wyszeptał David do zdjęcia, które trzymał w ręce. – Bardziej niż możesz to sobie wyobrazić.